#3szybkie - eksport Bartka i Tomka na Big Island

Start w Ironman Tallinn ułatwił Bartkowi i Tomkowi planowanie dalszej części sezonu. Bartek z czasem 9h40' był czwarty w M45, Tomek z czasem 9h52' zajął piąte miejsce w M50. Mocni zawodnicy, ogromne gratulacje! Jednak prawdziwym zwycięstwem było zaproszenie do prestiżowej rubryki #3szybkie :)

#1 Ironman Tallinn nie był Twoim pierwszym startem na długim dystansie, doświadczenie zbierasz już czwarty sezon. Co z perspektywy czasu chciałbyś wiedzieć wcześniej, jakie lekcje zebrane po drodze zaliczasz do najcenniejszych?

Bartek: To może zabrzmi dziwnie, ale nic nie chciałbym wiedzieć wcześniej. Jednym z czynników, który powoduje, że lubię triathlon na długim dystansie, to właśnie jego nieprzewidywalność, stałe poznawanie nowych elementów i doskonalenie starych. Rady od bardziej doświadczonych osób są bardzo istotne i wiele z nich sprawdzam i wdrażam, lecz zawsze staram się też dopasować je do własnych możliwości. A patrząc przez pryzmat Tallina … czy coś bym zmienił wiedząc, że oferować będą wszystkie smaki SiS? Czy kupiłbym sprzęt wiedząc, że pływanie będzie w 14 st C? Nie … akurat z tego startu jestem zadowolony :)

Tomek: To był mój szósty Ironman, może trudno uwierzyć, ale wiele rzeczy wiedziałem, a nie robiłem ich w praktyce. Do każdego startu zawsze byłem bardzo dobrze przygotowany, ale popełniałem głupie błędy, takie drobiazgi. Trudno by je wszystkie wymienić: niewłaściwy odpoczynek przed startem, złe jedzenie (np. dzień przed startem knajpa Tajska z synami), po kompletnie złą strategię w czasie startu (za bardzo się zawsze „podpalałem”). A to jest długi dystans, tu nie ma miejsca na takie sytuacje. Ale też nie rozpaczam z tego powodu, jestem długodystansowcem w życiu i sporcie, uczę się cały czas na błędach swoich i innych. Najważniejsze, aby je wyeliminowywać. Nie mam pojęcia, czy start w Tallinnie to był jednorazowy błysk, w każdym razie do tego startu podszedłem już zupełnie inaczej, głównie jeśli chodzi o strategię. Dziesięć godzin to jest bardzo dużo czasu i trzeba myśleć, byłem dobrze przygotowany, musiałem tylko zrobić swoje, popełnić jak najmniej błędów, być sprytny, dać pracować innym i mieć troszkę szczęścia. Zawsze wszystko jest w moich rękach, nogach i… głowie.

#2A Ironman w Talinie odbył się po raz pierwszy w historii. Jak oceniasz imprezę? [

Bartek: Biorąc pod uwagę to, z jakim rezultatem skończyłem tę imprezę, to zawody te oceniam wysoko i na pewno o nich nie zapomnę … ale nie mam w planie tam wracać . Pływanie: na pewno było kłopotliwe, ale jednak ciekawe – w porcie pomiędzy betonowymi ścianami, statkami i dodatkowo wiele skrętów w różne strony. Na pewno warto wcześniej dokładnie sprawdzić racebook i zobaczyć trasę. Rower: czasami wąsko, czasami nawierzchnia średniej jakości i płasko. Generalnie nic wyjątkowego, zarówno jakościowo jak i widokowo. Bieganie: dla mnie to najlepszy element tych zawodów. Trasa to 4 pętle po urozmaiconej nawierzchni i z różnym ukształtowaniem. Kilka mniejszych podbiegów i zbiegów, dodatkowy metalowy mostek nad drogą, aby „uatrakcyjnić” bieganie i co najważniejsze na całej trasie 8 całkiem stromych podbiegów (i zbiegów) po kilkaset metrów każdy. Wolontariusze, jak zawsze na imprezach pod brandem Ironman bardzo mili, a bufety doskonale wyposażone. Co prawda tutaj troszkę jak dla mnie przedobrzyli, bo zamiast poinformować zawodników wcześniej jakie żele będą rozdawane w trakcie zawodów, to w bufetach, na stołach, ustawiono po prostu kartony, w których pomieszane były chyba wszystkie możliwe smaki żelów i trzeba było przebierać. Fajnie, jak takie możliwości oferuje sklep, ale na zawodach, gdy zawodnicy „troszkę” się spieszą, takie rozwiązanie nie do końca się sprawdza. Czasami wolontariusze sami podawali żele, ale różne smaki, raz na początku, a raz na końcu bufetów. T1 i T2 bez zarzutu.

#2B Złamanie 10 godzin w kategorii M50 to nie lada wyczyn. Zauważasz istotne różnice w zakresie adaptacji czy regeneracji na przestrzeni ostatnich lat? Jak wpływa to na Twoje podejście do treningu?

Tomek: Heee… 10 godzin, to dla mnie minimum przyzwoitości (przynajmniej na niektórych trasach), myślę, że stać mnie na więcej. Jeśli chce się walczyć nie tylko o ukończenie zawodów, trzeba często wchodzić na treningach w strefę dyskomfortu, dla mnie tak samo to boli teraz, jak bolało kilka lata temu. Oczywiście zauważam, że nie jestem już tak mocny fizycznie jak kiedyś (biologia robi swoje), trudniej mi osiągać większą moc na rowerze i utrzymać tempo poniżej 4’/km na biegu przy dłuższych zadaniach, ale cóż począć, życie… Na pewno zmieniłem swoje podejście do regeneracji, może nie jakoś drastycznie, bez rewolucji, po prostu staram się być rozsądny i stawiam na tzw. filary: spanie minimum 8h, rozsądne jedzenie i posiłki we właściwym czasie, dbam o drobiazgi (szczególnie po kontuzji) czyli systematyczne rolowanie, rozciąganie się, co jakiś czas masaż czy kąpiel solankowa. Co nie oznacza, że prowadzę życie mnicha. Moi przeciwnicy w kategorii mają ten sam problem, więc szanse są równe, raczej nie mam talentu i predyspozycji, więc zostaje mi praca, dlatego na treningi wychodzę z przyjemnością. Istotna różnica jest tylko taka, że kiedyś widząc plan i trudne jednostki strasznie to przeżywałem kilka dni przed, wychodziłem spięty czy mi się uda czy nie. Teraz nie wnikam, jest zadanie to trzeba je zrobić.

#3 Jakie plany na Kona? Planujesz ciężkie przygotowania i walkę o jak najwyższe miejsce czy to raczej wisienka na torcie i pretekst do wakacji na końcu swiata? :)

Bartek: Generalnie to mój sezon triathlonowy miał się skończyć na początku lipca po Ironman Austria, później myślałem już tylko o zrobieniu luźno ½ w Gdyni. Austria nie poszła, tak jak planowałem i Ironman Estonia to był czysty przypadek. Inne IM były już pozajmowane lub odbywało się dużo później, a ja ewidentnie potrzebowałem zmęczyć się i dopiero później odstawić rower do kolejnego sezonu. Miałem skupić się na bieganiu i zrobić 2 maratony (Warszawa i Nowy Jork). Teraz oczywiście plany muszą się zmienić, ale … nie aż tak bardzo. Uważam, że cel na ten rok już zrealizowałem i jestem z niego całkiem zadowolony. Nie zamierzam mocno trenować i na pewno Kona to ma być miła niespodzianka i „nagroda”. Oczywiście nie mam zamiaru się obijać, ale do długich treningów wracam dopiero w przyszłym roku.

Tomek: Praktycznie w roku można startować niewiele razy na pełnym dystansie, ale i tak planowałem wystartować na początku października (będę musiał przepisać zawody IM Barcelona na przyszły rok). Dla mnie każdy start to nowe doświadczenia, turystyka ma mniejsze znaczenie, jest na drugim miejscu, chociaż wydaje mi się, że można zachowując rozsądek połączyć jedno i drugie. Pewnie na Kona nie będę zaliczany do grona faworytów, ale będę walczył o jak najlepsze miejsce. Mam zasadę, że każdy start na długim dystansie robię w innym miejscu, być może będę musiał tą zasadę złamać na Hawajach. Nie chcę tracić czasu, to dobre miejsce na złapanie cenne doświadczenia.

Relację Tomka z zawodów znajdziesz tutaj :)

2018_im_tallinn_rower

Nasi partnerzy